Menu:
Nowosci
Historia
Galeria
Koncerty
MP3
Kontakt
Księga Gości
F O R U M

Info

       Na początku był Marcin i Artur .....

       Pewnego dnia szedłem sobie korytarzem szkolnym, gdy nagle zaczepił mnie "nowy" w naszej szkole i spytał czy się nie znamy (tak to właśnie był Marcin). Okazało się że przyszedł z mojej poprzedniej szkoły (widać tak miało się stać). Okazaliśmy się bratnimi duszami. Marcinek (wtedy mieliśmy po 13 lat) jak się później okazało miał pewne hobby, którym szybko mnie zaraził (gitara to do dziś moja wielka pasja). Po kilku posiedzeniach umiałem już nastroić gitarę (tzn. teoretycznie wiedziałem jak to się robi). W szafie znalazłem gitarę mojego taty, która niejedno w życiu przeszła. Jak tylko miałem ku temu sposobność, potajemnie zacząłem na niej ćwiczyć. Gdy zdarłem już dostatecznie palce, zabraliśmy się z Marcinem za "komponowanie". Nasze próby odbywały się u niego w pokoju. Potrafiliśmy siedzieć całymi dniami, bawiąc się muzyką. Po pewnym czasie, jak każdy profesjonalny zespół, zaczęliśmy się zastanawiać nad nazwą. Pomysły były naprawdę różne, ale każda nazwa miała jakieś znaczenie, a my nie tego szukaliśmy. W końcu Mama Marcina podsunęła nam genialne słowo: "Dryblers" (miało w sobie tyle szaleństwa i spontaniczności co my), i tak już nam zostało. Do dziś są tacy, co mówią, że to nazwa dla drużyny NBA, a nie kapeli hard rockowej. Już po roku wspólnego grania wspaniały duet pierwszy raz zaistniał na scenie ........ szkolnej (ale na większe sceny jeszcze przyszła pora). Zagraliśmy piosenkę, którą skomponowaliśmy na tę okazję (zakończenie podstawówki). Możliwe, że dzieci uczą się jej na lekcjach muzyki do dziś:)

       Takie były początki, ale wiadomo, że kultowy zespół rockowy nie może się składać z dwóch gitarzystów. Próbowaliśmy grać z różnymi muzykami (jedni byli dobrzy a drudzy niekoniecznie). Po pierwszych próbach grania w kapeli (zespół nie mógł istnieć, gdy miał czterech gitarzystów, z których każdy grał to samo tylko inaczej, i perkusistę) zabraliśmy się za naszą dalszą edukację muzyczną. W tym samym czasie młodszy brat Marcina zaczął się uczyć gry na bębnach w szkole muzycznej.

       Po roku oficjalnie do zespołu przystąpił Piotrek.

       Było to w 1996 r. Teraz to już naprawdę byliśmy wielcy i spokojnie mogliśmy ruszyć na podbój świata. Zabraliśmy się więc za tworzenie własnego brzmienia. Było ono niepowtarzalne, bo kto widział rockowy band bez pełnej sekcji?? Wszystko było super, ale o koncertach jeszcze nie mogło być mowy. Zespół potrzebował basisty, a w owym czasie panował basowy deficyt. W akcie desperacji zacząłem się zastanawiać nad zmianą specjalizacji (łatwiej było znaleźć gitarzystę). Jednak Marcin wpadł na szalony pomysł, ażeby pozostać w kręgach rodzinnych i spróbować, z mojego brata zrobić basistę. Wydawało się to niemożliwe, gdyż on raczej przejawiał talenty plastyczne, a z muzyką łączył go jedynie pilot od wieży. Mimo to postanowiliśmy spróbować. Pewnego ranka przytaskałem do domu starą gitarę basową (ważyła naprawdę dużo) marki Defil. Posiadała ortopedyczny gryf i była tak wielka (prawie jak kontrabas), że można by z niej zrobić wspaniałe ognisko z kiełbaskami. Zostawiłem z nią brata na cały dzień, wcześniej pokazując mu jak zagrać "Wild thing". Kiedy wróciłem do domu i zobaczyłem jak z pociętymi palcami (poobklejanymi taśmą lekarską) z zapałem grał Hendrix'a, wiedziałem, że mogę pozostać przy dawnym instrumencie.

       ... i tak oto do zespołu dołączył Andrzej.

       To właśnie wydarzenie uważa się za początek oficjalnej działalności zespołu. A było to 11.10.1997r. Zabraliśmy się ostro do pracy. Nowy basista zaskakiwał nas postępami i szybko opanował nasz repertuar. Już po dwóch miesiącach wspólnego grania (i takim samym stażu muzycznym Andrzeja) zagraliśmy pierwszy koncert pod szyldem Dryblers (6.12.1997). Musiało to fajnie wyglądać, bo Piotrek ledwie wystawał zza bębnów i do tego Andrzej z "kontrabasem" na szyi. Na początku wokalnie udzielał się Marcin. Wszystko było fajnie, ale nasze wymagania z czasem wzrosły i zaczęliśmy się rozglądać za nowymi twarzami do zespołu. Marcin chciał skoncentrować się wyłącznie na graniu (do tego Bozia go stworzyła). Zaczęliśmy więc poszukiwania wokalisty. Znajomi z zaprzyjaźnionego MDK'u polecili nam młodą wokalistkę greckiego pochodzenia. Zaproponowaliśmy jej współpracę i po pierwszych próbach coś zaskoczyło.

       Była to Kaja (nie, to nie ta, z tamtą byśmy nie grali :)!

       Zespół szybko się rozwijał i po krótkim czasie został zauważony i doceniony przez ludzi z Urzędu Miasta Krakowa. Zaczęło się od piosenki napisanej do tekstu K. I. Gałczyńskiego (pierwszy nasz hit - "Przemówienie do ulic"), którą wykonaliśmy w koncercie patronowanym przez V-ce Prezydent Miasta Krakowa zatytułowanym "Pieśń nocy". We wrześniu '99 reprezentowaliśmy nasze miasto na Dniach Krakowa w Wilnie. Oprócz tego graliśmy w Krakowie i okolicach, a nawet zapuściliśmy się do Berlina. W końcu zaczęliśmy robić karierę nie tylko w granicach naszego państwa. Ruszyliśmy na podbój Europy. Niestety jak się później okazało mieliśmy pecha do wokalistów. Na początku 2000 roku.....

       miejsce Kai zajmuje Ewelina...

       ...która już wcześniej miała z nami do czynienia. Gościnnie śpiewała w Dryblers na dwóch koncertach (jeszcze w czasie, gdy wokalnie produkował się Marcin). Ale wtedy to było granie coverów. Szybko opanowała materiał (jest ona do dziś najbardziej ambitną osobą, jaką znam), i zabrała się za pisanie tekstów. Jednak nasza współpraca trwała krótko (jakieś 4 miesiące), i rozstaliśmy się po jednym koncercie. W kwietniu....

       ...kolejną wokalistką zostaje Karolina

       Na początek kazaliśmy jej zaśpiewać nasz sztandarowy numer (oczywiście "Przemówienie do ulic"). Już na drugą próbę przyszła przygotowana. Ponieważ czas nas gonił (mieliśmy już ustalone koncerty, których nie chcieliśmy odwoływać), musieliśmy podkręcić tempo pracy. Już po miesiącu miasto upomniało się o nas i w maju wyjechaliśmy na Dni Krakowa do Lwowa.
       Tuż przed wyjazdem zdobyliśmy wyróżnienie w VI Poetycko-muzycznej Bitwie pod Gorlicami. Zaskoczyliśmy jury naszym rockowym podejściem do poezji (najlepszy był finałowy koncert: w pierwszym rzędzie zasiadły starsze panie i trzeba było widzieć ich miny, jak odpaliliśmy przestery). Zagraliśmy wtedy "Rozważania przy herbacie" (dzisiejsze "Rozstanie"), a ten numer tylko zaczyna się spokojnie:).
       Po powrocie do kraju z Ukrainy dopracowaliśmy materiał i w lipcu nagraliśmy w Meksyk Studio u Krzyśka Pająka pierwsze demo pt. "Rozważania.....". Znalazło się na niej sześć numerów: "Hawajski", "Przemówienie do ulic", "Anglia", "Jesteśmy Odysami", "Rozważania przy herbacie", oraz "Wierzę w to co noc". W październiku poszerzyliśmy skład o klawiszowca.

       Do zespołu dołączył Kamil.

       Nasze brzmienie totalnie się zmieniło. Kamil był zapalonym fanem Doors'ów. Grał na unikatowych, analogowych klawiszach firmy Korg. W tym składzie graliśmy do końca 2000 r. ciągle promując nowy materiał. Jednak zespół coraz bardziej się rozkręcał i chciał grać ostrzej.        W czasie jednego z koncertów poznaliśmy pewien zespół (The ROOTS). Śpiewał tam długowłosy blondyn, o tak charyzmatycznym głosie, jakiego jeszcze w Krakowie nie słyszałem. Biegałem jak głupi po klubie, wszystkim znajomym mówiąc, że z takim wokalistą zaszlibyśmy na szczyt (i miałem rację, jeszcze o tym nie wiedząc). Ale wtedy na bieganiu się skończyło - przecież nie podejdę do gościa i nie powiem mu, żeby rzucił zespół i grał z nami. Po tym koncercie zaczęliśmy kolejne poszukiwania nowego głosu. Tym razem postanowiliśmy, że musi to być ktoś, kto nas powali, i nie będzie żadnych kompromisów. Po przesłuchaniach byliśmy załamani. Nikt nie był na tyle dobry, a my chcieliśmy już kogoś na stałe, żeby znowu za pół roku nie robić całego materiału od nowa. Wtedy wygrzebałem numer do jakiegoś (podobno dobrego) wokalisty, który rok wcześniej dostałem od znajomego. Zadzwoniłem i okazało się, że to ten sam człowiek, który tak mnie powalił swoim wokalem. On też nas pamiętał z owego koncertu. Podobno też na nim zrobiliśmy wrażenie i zgodził się z nami współpracować. Było to w styczniu 2001....

       Wtedy to naszym wokalistą został Jakub (dla znajomych Happy)

       W końcu mieliśmy to, czego szukaliśmy. Zaczęło się standardowo od wybrania ze starego materiału czegoś co "zaskoczy". Jednym takim wybuchowym połączeniem okazał się stary numer "Jesteśmy Odysami", któremu Kuba nadał nowego brzmienia. Tak oto otrzymaliśmy potężną dawkę prawdziwego blues-rocka w postaci "Przekleństwa krwi" (nawet tytuł był z innej bajki). Okazało się, że "Happy" nie tylko świetnie śpiewał, ale też pisał wspaniałe teksty. Kuba jako pierwszy wokalista zmusił mnie i Marcina do "pomocy" w chórkach. Teraz to już byliśmy prawdziwą maszyną do robienia rocka. Znów pojechaliśmy do Meksyk Studio, by zarejestrować nasze "Przekleństwo Krwi". Numer dostał się na listę w radiu Rak, by zaraz w pierwszym notowaniu zająć pierwsze miejsce. Zaczęliśmy promocję pełną parą. Zagraliśmy koncert razem z grupą Łzy (nie wiem do dziś, co ludzie w nich widzą?) w krakowskim klubie Kwadrat. Gdy na próbie akustycznej włączyli nam ich całe oświetlenie (istna dyskoteka), na scenie zrobiło się gorąco jak w saunie. Musiałem poprosić ich speców od światła, żeby połowę wyłączyli.
       Był to ostatni koncert w tym składzie. Najpierw zespół opuścił Kamil, a niedługo potem Kuba. I tak po raz kolejny dało o sobie znać przekleństwo, które ciąży na nas już od lat. Znowu zostaliśmy bez wokalisty. Ale od czego są znajomi?! Dowiedziałem się o kolejnym głosie Krakowa. Udaliśmy się na koncert (jak się później okazało ostatni) grupy "C.S.G." i wtedy stało się dla nas jasne, dlaczego wcześniej nic o nich nie słyszeliśmy. Mieli wielki zapał i dobrego wokalistę, który u nich się marnował (sam to obecnie często powtarza). Postanowiliśmy dać mu szansę (na sukces) i przyjęliśmy go pod skrzydła Dryblers. Po pierwszej próbie wiedzieliśmy, że

       Piotr na dłużej zagrzeje miejsce w zespole.

       Maestro, bo tak na niego mówią przyjaciele, okazał się bardzo ambitny i pojętny więc po dwóch próbach mogliśmy zagrać krótki koncert w Klubie 38 (a wydawało się, że trzeba go będzie odwołać). Nie zawiedliśmy w ten sposób fanów, a nawet zdobyliśmy nowych. Minęły kolejne dwa tygodnie współpracy i byliśmy gotowi zagrać tym razem pełny koncert. Na imprezie z cyklu "Hity bez płyty - live " na którym zagrała czołówka krakowskiego underground'u, powróciliśmy z prawdziwym show. Po koncercie organizatorzy stwierdzili, że uratowaliśmy imprezę. Myślę, że to nie pierwszy i nie ostatni raz...
       W tym krótkim czasie zdążyliśmy pokazać, że jesteśmy na tyle uniwersalni, iż potrafimy wygrać nawet festiwal, na którym grały metalowe grupy (Rotunda-Orlik w czerwcu 2001).
       Obecnie pracujemy nad nowym materiałem, który w najbliższym czasie będziemy testować na koncertach na które serdecznie zapraszamy. Myślę, że każdy znajdzie w naszej twórczości coś dla siebie..........

       Taka jest historia zespołu Dryblers (przewinęło się przezeń wielu wspaniałych i utalentowanych ludzi). Mam nadzieję, że uda nam się wskrzesić starego rocka, który w dzisiejszych czasach gdzieś zaginął.

       Dalszy ciąg napisze życie.......

               Artur





Nowości      Historia      Galerie foto      Koncerty      MP3      Kontakt      Księga gości      F O R U M


Nb-r-dr   2002-2003